Śnieżka 14-16 lipiec 2006

 

      Wyjazd zapowiadał się ciekawie, od 3 miesięcy nigdzie nie byliśmy, tak więc ten nadchodzący wyjazd muuuusi być ciekawy długi i w jakimś rewelacyjnym miejscu, otóż jest takie miasto:  Pcim, ale nie o nim tutaj chciałem mówić…! Karpacz, tak naszym celem jest Śnieżka. Po długich namowach zgodziliśmy się zabrać dwie koleżanki ze sobą Anie i Justynę. Plany musiały zostać nieco zmodyfikowane, ale cel pierwszoplanowy był bez zmian – zdobycie śnieżki w ramach rozgrzewki odwiedzimy Rudawy Janowickie. Nie pamiętam już wszystkich ważnych punktów naszej wyprawy, tak się złożyło ze musze opracować akurat tę wyprawę, wiec po prostu postaram się ją tak przybliżyć jak sam ją widziałem.
      Droga do Rudaw Janowickich przebiegała niemal bezproblemowo. Należy wspomnieć, że nasz kierowca Krystian je i popija napoje podczas jazdy, prawdę mówiąc to on zazwyczaj już w Żaganiu zaczyna jeść i kończy gdy dojeżdżamy na miejsce, więc fakt zakrztuszenia się podczas jazdy naszego kierowcy i jego chwilowy paraliż to tylko kwestia czasu. Jednak zakrztuszenie się pierwszego pilota to nic w porównaniu z możliwością zablokowania się pedału hamulca przez turlającą się po wycieraczce od strony kierowcy plastikową butelkę po napoju. Jeśli Krystian nie byłby takim dobrym kierowcą to wole nie myśleć co by było
.
     Dojechaliśmy na miejsce parkingowe w miejscowości Karpniki w tym roku Bora załatwiał miejsce parkingowe i to był nasz błąd bo zdarli z nas chyba ze 3 zł za dobę

    Przebieramy się opinamy plecaki, wszystkie problemy i smutki zostają w samochodzie bo ze sobą zabieramy tylko śpiwory, akurat jeden z nas jeszcze nie miał śpiworka to se wziął ze 2 kilo jabłek albo innych owoców, które zjadł po drodze, ale nawet taka ilość nie jest w stanie temu człowiekowi zepsuć pobytu, jego patronem na większości wypraw jest firma Manti producent preparatu Gastop.                       
       Każdy coś niesie jedzenie i piwo
staramy się nie dawać dla Bory żadnych strategicznych rzeczy do niesienia:) np. zapałki zawsze u niego mokną, szkło się tłucze, chleb czerstwieje prędzej. Wojtek niesie zazwyczaj jakieś narzędzia obuchowe, które nie mogą ulec uszkodzeniu.
     Na końcu wsi wbijamy się na szlak. Robi się niebezpiecznie ciemno, jest już delikatny zmrok a my dopiero wyruszamy szlakiem wiodącym do zamku Bolczów, naszej noclegowni (zdjęcia możecie zobaczyć w galerii). Trasa na zamek jest nieco zwodnicza, bo  mimo iż to zielony szlak to na początku ludziom nie wprawionym w marszach zmęczenie może dać się we znaki.  Czas leci, w lesie jest jeszcze ciemniej niż na otwartej przestrzeni, najstraszniejsza jest bliska obecność dzikich zwierzaków.

      Często słychać łamanie gałązek gdzieś nieopodal. Gdy się zaświeci latarka to widać tylko zaciekawione zielone oczy jakiegoś zwierzaka… a może one nie są zaciekawione tylko głodne  Podobno w tych lasach są wilki, niedźwiedzie i lisy cóż więcej chcieć, mnie w tym ciemnościach wystraszyłaby nawet wiewiórka… Jakby tego było mało, Krystian jeszcze nam wciskał ze roślin w takich lasach tez trza się bać. Droga mijała nam szybko, wszyscy w popłochu chcemy jak najszybciej znaleźć się na zamku.
     Po kilkudziesięciu minutach od wejścia na szlak byliśmy już u podnóża góry Bolczów, ale było tak ciemno, że najpierw Wojtek musiał pójść poszukać przejścia, bo idąc wszyscy razem byśmy się mogli pozabijać o skały
.  
      Szliśmy gęsiego w ciemnościach ledwo było widać plecy kolegów za to wyraźnie czuć, ze cos jest w tym lesie poza nami, bo aż ma się wrażenie, że COŚ biega po plecach …bó!  Naprawdę bardzo się ucieszyliśmy będąc na dziedzińcu zamku w naszej komnacie, rozpaliliśmy ognisko, przygotowaliśmy sobie spanie z tego co było dostępne, zjedliśmy kolację i zaczęliśmy się „poznawać” cały czas jedząc i popijając aż do momentu zaśnięcia
.
      Dzień drugi zaczął się jak wiadomo od przebudzenia, oczywiście powstało jak zwykle kilka zdjęć śpiworowych wykonanych przez Znamę, który sam spać nie może i łazi już po gzymsach komnaty robiąc foty śpiochom. Po śniadaniu ruszamy szlakiem Piastów na Sokolik i Krzyżną a Ci co nie chcą zostają w schronisku Szwajcarka i łapią promyki słońca. 
       Wraz z mijającym popołudniem przemieszczamy się do Karpacza, gdzie sprawą pierwszoplanową jest znalezienie noclegu a miedzy czasie odwiedzamy równiez miejsca, w które zawsze się zagląda będąc w Karpaczu, jak np. świątynia Wang. Kilkadziesiąt minut tracimy próbując wcisnąć się do wypchanego po brzegi schroniska młodzieżowego. Ktoś wpada na pomysł żeby skorzystać z pola namiotowego, pomysł za pomysłem wciąż zmieniamy koncepcje, każdy chce iść w inna stronę bo pomysłów jest masa, aż nie wiadomo już właściwie jesteśmy i gdzie zostawiliśmy auto. Ale pomysł pola namiotowego wydawał się dobry,  nie pamiętam już czyj to był pomysł ale pewnie tego kto zabrał namiot czyli Bory. Bora zawsze zabiera namiot i nie ma nawet znaczenia że wyjazd jest jednodniowy, namiot zawsze zostaje zabrany. A taki zabrany namiot najprawdopodobniej zostanie postawiony
bo dla Bory nie potrzeba dużego bodzcca żeby postawić namiot. No cóż wracając do tego pola namiotowego, sprawa jest tez spalona, bo fatum pola namiotowego wciąż trwa. Pani właścicielka przedstawiła nam bezlitosny, zabójczy cennik i tak:

 Nie dało się targować z panią właścicielką, naszego negocjatora Janka-Meli nie było wśród nas :-/, kobieta nie poszła na żadne znaczące kompromisy. W jej obliczu nie przeszedłby nawet pomysł, żeby rozbić namiot z samym Wojtkiem, a my (reszta) później wpadamy do niego wieczorem w odwiedziny i zostajemy na noc. Cóż sytuacja zmusiła nas do przenocowania na daczy noclegowej na skraju lasu w Karpaczu górnym w pobliżu dziwnej opuszczonej chaty, która przypomina chałupę jak z adaptacji filmu „ Teksańska masakra…”. Ale z braku laku zdecydowaliśmy się tu nocować, jak zwykle uszykowaliśmy sobie najpierw spanko. Podzieliliśmy się kto gdzie śpi i spędzaliśmy resztę wieczoru bardzooo wesoło, zreszta jak zwykle.  
     W pewnym momencie klimat amerykańskich thrillerów i sąsiadująca nieprzyjemna posiadłość zdominowały tematy rozmów. Klimat udzielił nam się do tego stopnia, że Znama musiał tak zaparkować auto i być w gotowości, aby w każdej chwili móć odpalić auto i w chwili zagrożenia wiać ciągnąć za sobą namiot przypięty łańcuchem do haka
.
      Uff dzień trzeci to już ostateczne starcie najpierw kilkukilometrowy marsz po płaskim terenie i później ostre podejście czarnym szlakiem na śnieżkę, po drodze wstąpiliśmy do czeskiego schroniska Jelonka na czarne, czeskie, rewelacyjne, trzykrotnie tańsze niż polskie piwo! Ja osobiście na Śnieżce byłem pierwszy raz, nie radze tam wchodzić bez porządnej hardkorowej czapki z nausznikami.

Wyjazd był fajny - pogoda nam dopisała wszyscy wróciliśmy cali i zdrowi.
      A morał jest jeden, nie warto oglądać filmów typu "Zły skręt" lub "Dom woskowych ciał" bo to wszystko Ci się przypomina w najnieodpowiedniejszym momencie, masz wrażenie, że grasz w tym filmie i zaczynasz łapać co autor miał na myśli.

 -janek-